Gasnący blask IMP

logo pzmOpadły już emocje po finale Indywidualnych Mistrzostw Polski, który odbył się w minioną niedzielę w Gorzowie Wielkopolskim. Niestety nie opadło moje wzburzenie w związku z tym, że ranga IMP z sezonu na sezon się obniża, a powinny być to zawody obsadzone najlepszymi żużlowcami w kraju, po których czapkę Kadyrowa zakłada rzeczywiście najlepszy zawodnik nad Wisłą, który pokonał wszystkich równie dobrych jeźdźców.

 

 

Początki IMP sięgają 1932 roku, ale pierwszym mistrzem żużlowym po powstaniu struktur PZM w 1949 rok został Alfred Smoczyk i chyba nikogo nie trzeba przekonywać, że tytuł wywalczył zasłużenie. Kilka lat później wymyślono, aby zrobić z IMP małe Grand Prix i zorganizowano cykl turniejów, który miał wyłonić najlepszego rajdera w Polsce. Chociażby dwukrotnie takie „polskie GP” wygrywał Florian Kapała.  Tylko cztery razy mistrza kraju wyłaniano właśnie w taki sposób. Od 1957 roku do dzisiaj organizuje się jednodniowy finał. Patrząc na zapchany kalendarz speedwaya jest to dobre rozwiązanie. Mamy PGE Ekstraligę, GP, SEC i ligi zagraniczne. Wszystkie te zawody są ważniejsze. Dają one to, co jest w żużlu najważniejsze, czyli… pieniądze. Wszędzie leży kasa na torze, którą trzeba podnieść, bo z czegoś zawodnik musi po prostu żyć. A w IMP co mamy? Jest prestiż. Tylko prestiż.

 

Boli mnie jak widzę, gdy czołowi polscy zawodnicy odpuszczają eliminacje i podchodzą do nich z przymrużeniem oka. Tak oto słabnie ranga finału, bowiem na listach startowych brakuje każdego roku kilku czołowych żużlowców. Warto byłoby pomyśleć nad zmianami, bo niedługo IMP straci całkowicie swój i tak już szary blask. Kilka lat temu organizatorzy wprowadzili zapis, że w finale automatycznie występować będą stali uczestnicy Grand Prix. Bardzo dobry pomysł, bowiem nie zawsze oni mieli czas na dobre przygotowanie się do zawodów i tłuczenie się po ćwierćfinałach i półfinałach w Pile, Krakowie, Rawiczu czy Krośnie. Gwarantuje to, że tych 2-3 zawodników z GP pojawi się na pewno w finale. Ranga takich zawodów rośnie automatycznie. Tylko, że na tym poprzestano zmiany. Warto byłoby może zmienić coś jeszcze w systemie eliminacji? Zakwalifikujmy automatycznie ośmiu polskich zawodników, którzy mają najlepszą średnią punktową np. na miesiąc przed wielkim finałem. Dla reszty zorganizujmy eliminacje o pozostałe miejsca. Miejsc pozostanie kilka, a to podniesie od razu poziom rywalizacji w tych zawodach i samo podejście zawodników do tych zawodów. Myślę, że wtedy uda się też zapełnić każdy żużlowy stadion w Polsce. Patrząc na frekwencję przed tygodniem w Gorzowie, a mówi ona sama za siebie, niech każdy sobie sam odpowie na to pytanie.

 

Finał IMP powinien być świętem. Kiedyś takim był. Rok w rok organizowany był 15 sierpnia (nomen omen w święto, a więc dzień wolny od pracy ) i człowiek jak widział tę datę w kalendarzu to wiedział, co tego dnia się odbędzie. Dzisiaj wygląda to tak, że te zawody są po prostu wciskane tam gdzie jest wolny termin. W Gorzowie jeździli w niedzielę 5 lipca, ale sądzę, że pojadą kiedyś w sobotę 10 czerwca albo w piątek 30 października, bo będzie wolny termin. IMP wygląda jak zapchajdziura kalendarza sportu żużlowego.

 

Jeszcze jedno. Formuła rozgrywania finału też jest do przysłowiowego kitu. Po regulaminowych dwudziestu biegach mamy tzw. bieg ostatniej szansy i dopiero finał z teoretycznie czwórką najlepszych rajderów w turnieju. Można danego dnia być słabszym i przegrywać wyścigi, ale i tak pozostaje szansa na zdobycie tytułu. Wystarczy dojść do wielkiego finału, a to jest jeden bieg i tam może wszystko się wydarzyć. Nic nie umniejszam sukcesowi „Magica”. Szczerze gratuluję mojemu imiennikowi tytułu, bo mimo iż wygrał w Gorzowie jeden wyścig to zasłużył na wygraną całą swoją postawą.

 

 

Źródło: inf. własna

 

Maciej Brzeziński

20

Dziękujemy, że jesteście z nami!