Panowie w granatowych marynarkach świetnie się bawią…

moim zdaniemPanowie w granatowych marynarkach świetnie się bawią… tylko kibiców żal. Kibiców, którzy poświęcają swój cenny czas, wydają „grube” pieniądze na bilety i wyjazdy, a w zamian nawet nie wiedzą jakim wynikiem zakończył się mecz. I to tylko w imię czyichś niezaspokojonych ambicji.

W tym materiale chciałbym wrócić do początku bieżącego sezonu…

Do kuriozalnej sytuacji doszło podczas meczu II rundy PGE Ekstraligi 17 kwietnia br. pomiędzy Fogo Unią Leszno i Moje Bermudy Stalą Gorzów. Sędzia Artur Kuśmierz zaliczył wynik spotkania, które na torze zakończyło się remisem 45:45. Na ten temat napisano już pewnie setki informacji prasowych. Tego samego wieczoru wynik publicznie zakwestionował jednak były sędzia żużlowy z miasta O., obecnie powszechnie uważamy za szefa wszystkich sędziów żużlowych w Polsce. I zaczęło się okładanie i hejtowanie. Powinien być remis, czy zwycięstwo Leszna 46:44?

Od razu czytelnik może zadać pytanie, czy jestem za przestrzeganiem regulaminów? Oczywiście, bezwzględnie, ale regulaminy muszą być precyzyjne i… przewidywać wszystkie sytuacje. W tym analizowanym przypadku właśnie tego brakuje. Dlaczego? Ponieważ panowie w granatowych marynarkach bez przerwy próbują ulepszać przepisy. Regulamin sportu żużlowego niedawno liczył kilkadziesiąt stron, a obecnie ma kilkaset. Poprzez dodawanie „złotych myśli” i wykreślanie ważnych sformułowań stał się nad wyraz obszerny i coraz bardziej „rozmyty”, nieprzewidujący pewnych sytuacji na torze i pozwalający na różną interpretację konkretnych wydarzeń.

I co w takiej sytuacji? Oberwało się sędziemu, że podobno nie zna regulaminu. Tylko w jaki sposób uzyskał uprawnienia sędziego sportu żużlowego? Bez znajomości przepisów? Arbiter z miasta Cz. doskonale wiedział, czym to „pachnie”. Z pewnością miał świadomość, że zaistniałej sytuacji obecnie dokładnie nie precyzuje żaden paragraf i zastosował wykładnię z regulaminu FIM. Należy tutaj dodać… zgodnie z duchem sportu, za co należą się sędziemu wielkie słowa pochwały.

A panowie w granatowych marynarkach zaczęli się świetnie bawić. Po kilku dniach Spółka Zarządzająca wysłała pismo do Centrali z prośbą o wykładnię obowiązujących przepisów, czym kupili sobie kolejne dwa tygodnie na weryfikacje wyniku meczu. Wszystko dlatego, że pewien Pan z miasta O. stwierdził w programie telewizyjnym, że wynik powinien być zmieniony. Zainteresowani kibice dokładnie śledzący zaistniałą sytuację zaczęli mieć ubaw po pachy. Swoją drogą zastanawiam się, kim jest ten Pan i jakie ma kwalifikacje moralne (bo formalnie nic nie stoi na przeszkodzie), że publicznie wydaje wyroki i karci za błędy sędziów żużlowych, którzy w danej chwili nie mają szansy na swoją obronę? Przecież z pewnością też są inteligentnymi i wykształconymi ludźmi, którzy na swoich drogach awansów zawodowych musieli zdawać egzaminy ze znajomości regulaminów.

Mało tego. W tzw. międzyczasie przeczytałem pewną opinię prawną na temat wydarzeń z 15. wyścigu meczu w Lesznie. Pomyślałem, że to może być interesująca i kształcąca lektura, która być może wniesie wiele pozytywnego w analizowanej materii. Jakie było moje zdumienie gdy sprawdziłem, że autorem tej opinii jest pewien znany sędzia (prawnik), który okazał się być rodowitym leszczynianinem i w dodatku byłym samorządowcem z Leszna. Czy w takiej sytuacji można mówić o bezstronności i obiektywizmie?

Wydaje się, że jednym z najważniejszych elementów tej układanki powinna być interpretacja zapisu „przed zdarzeniem”. Każdy punkt regulaminu powinien być dopracowany w najmniejszych szczegółach , zawierać jednoznaczne zwroty oraz uwzględniać funkcję czasu i funkcję miejsca. W starym regulaminie zawarte były sformułowania „w miejscu zdarzenia”, czyli była uwzględniona funkcja miejsca. Po jej wykreśleniu niektóre zapisy regulaminu stały się bardziej „rozmyte” i obecnie nie przewidują pewnych sytuacji na torze oraz pozwalają na różną interpretację konkretnych wydarzeń. Dlatego panom w granatowych marynarkach wydaje, że regulamin należy interpretować w jedyny słuszny sposób, czyli tak jak im się wydaje, tzn. uwzględniać tylko funkcję czasu. A co z miejscem zdarzenia? Jeżeli uwzględnimy funkcję miejsca, to w tym konkretnym przypadku Zmarzlik i Kołodziej byli już „za zdarzeniem”, czyli tak naprawdę „guzik” ich obchodziło, co działo się za ich plecami. Doprawdy kuriozalne.

Na tym etapie analizowanej sytuacji dochodzimy do kolejnej absurdalnej sytuacji. Mianowicie sprawca upadku, poprzez własne wykluczenie przyczynił się do zwycięstwa swojej drużyny, bo zdaniem „mądrych głów” modyfikujących regulamin nie powinna liczyć się walka zawodników do samej mety. W tym konkretnym przypadku zwycięstwo dwukrotnego mistrza świata, ich zdaniem (autorów zmodyfikowanego regulaminu), nie miało żadnego znaczenia.

I na koniec najważniejsze, czyli decyzja. Pomiot Zarządzający rozgrywkami zdecydował się zweryfikować wynik meczu na korzyść drużyny z Leszna, czyli Unia wygrała 46:44. Pozwolę sobie zacytować fragment z oficjalnego komunikatu: „…sędzia meczu 2. rundy DMP w Lesznie rozegranym w dniu 17.04.2022 pomiędzy drużynami FOGO UNIA Leszno – MOJE BERMUDY STAL Gorzów popełnił błąd regulaminowy przy ustaleniu kolejności zawodników w biegu 15. W związku z powyższym weryfikuje się wynik biegu 15. zmieniając kolejność na miejscach 1-2 przyznając zawodnikowi Januszowi Kołodziejowi 3 punkty biegowe, a Bartoszowi Zmarzlikowi 2 punkty i tym samym zmieniając wynik biegu 15. z 2:4 na 3:3. Konsekwentnie zmienia się zatem końcowy wynik meczu z 45:45 na 46:44 na korzyść drużyny FOGO UNIA Leszno.”

     Trzeba przyznać, że była to bardzo odważna decyzja, która może być precedensem i równocześnie otworzyć puszkę Pandory. Wynik meczu został ustalony nie na torze, ale przy „zielonym stoliku”. W sporcie żużlowym wydarzyło się to po raz pierwszy. Pamiętam, że wcześniej decyzje weryfikacyjne dotyczyły odebrania punktów zawodnikom będącym pod wpływem alkoholu lub środków odurzających. Nieco inne sytuacje dotyczyły odebrania punktów żużlowcom, którzy np. korzystali z niedozwolonych gaźników lub tłumików. Późniejsza weryfikacja była następstwem złożonego protestu przez kierownictwo drużyny przeciwnej. Jeszcze inna sytuacja dotyczyła zatwierdzenia wyniku przerwanego meczu, gdy po informacji o śmierci zawodnika w innym mieście jedna z drużyn odmówiła wyjazdu na tor. Niedawno minęła 10 rocznica tego tragicznego wydarzenia. Ale żeby zmieniać kolejność zawodników na mecie przy „zielonym stoliku”? To jest po prostu kuriozalne!

Wyobraźmy sobie sytuację w meczu piłkarskim, że piłka przechodzi całym obwodem linię bramkową, a sędzia tego nie zauważa i po czterech tygodniach zmienia się wynik meczu np. z remisu 1:1 na zwycięstwo jednej z drużyn 2:1. Przecież to jest nierealne! Nawet w telewizyjnym magazynie po 5. kolejce ligowej jeden z zawodników Apatora zapytał się ironicznie, czy wynik ostatniego biegu zostanie zweryfikowany w sytuacji gdy on przegrał, a jeden z przeciwników ustawił się na starcie poza obrysem swojego pola startowego? Ten przykład potwierdza, że nawet zawodnicy robią sobie „jaja” z zaistniałej sytuacji.

Jak widać z powyższej analizy Panowie w granatowych marynarkach świetnie się bawią… tylko kibiców żal.

 

Ps. 1. Minęło kilka tygodni, a tu znowu afera z zawodnikiem P. z miasta L, który bezpardonowym atakiem zaatakował jednego z liderów Apatora. Żużlowiec drużyny gości nie przewrócił się, ale stracił rytm jazdy i został na końcu stawki. Sędzia przerwał wyścig i po wnikliwej analizie powtórek wykluczył o dziwo P. D. I czyjego autorstwa był ten wielbłąd? Nie do wiary. Bardzo dobrego sędziego, znającego się na swoim fachu.

2. Po upływie kolejnych dwóch tygodni ten sam żużlowiec P. z miasta L. spowodował groźny wypadek, w wyniku którego bardzo poważnej kontuzji doznał trzykrotny indywidualny mistrz świata na żużlu. Czy te trzy przykłady to przypadek?

3. I na koniec jeszcze jedna dygresja związana z rozbudowywaniem regulaminów. Niedawno zakończyła się pewna duża międzynarodowa impreza, która nie wiadomo czym jest? Mam tu na myśli Speedway od Nations, czyli po prostu żużlowy kabaret. W Vojens popadało i nasi wtopili. Dwóch naszych „doparowych” zawodników nie potrafiło się odnaleźć w tej sytuacji. Dlaczego? Czyżby w duńskim miasteczku nie było komisarza toru? Czyżby komisarz nie musiał sporządzać dokumentacji i robić dziesiątek zdjęć, aby później przesłać do Centrali? Czyżby wokół toru w słynnym Vojens nie było odwodnienia linowego i innych wynalazków rodem z PGE Ekstraligi? Właśnie, nie było zbyt rozbudowanego regulaminu, którego nie wiadomo jak stosować. Po prostu organizatorzy i zawodnicy poszli na żywioł i mieliśmy speedway jaki znamy jeszcze z lat 90.

Tylko, że u nas Panowie w granatowych marynarkach nadal świetnie się bawią…

 Motocykl na torze

 

Maciej Major

20

Dziękujemy, że jesteście z nami!