W minioną sobotę w Warszawie rozegrano finał Drużynowego Pucharu Świata, jednego z najcenniejszych trofeów w światowym żużlu. Polacy nie byli faworytami zawodów, ale kibice po cichu liczyli, że Biało-Czerwoni wygrają m. in. z bardzo silną Australią i obronią trofeum wywalczone przed trzema laty we Wrocławiu. Nic z tych rzeczy. „Orły” po słabym występie zdobyły tylko brązowe medale ulegając także Duńczykom.
Ranga zawodów
Jeszcze przed kilkoma laty ranga zawodów była bardzo wysoka. Turnieje Drużynowego Pucharu Świata (SWC) w latach 2001-2017 rozgrywano w formie tygodniowego, żużlowego „mundialu”. W tym czasie zawieszane były zmagania ligowe. Od kiedy jednak Armando Castagna przeforsował nową formułę zawodów parowych pod nazwą Speedway od Nations (SON), całkowicie zaprzestano rozgrywania DPŚ, po czym wrócono do tych rozgrywek co trzy lata. Przedostatni turniej odbył się w 2023 roku we Wrocławiu, który wygrała reprezentacja Polski z dorobkiem 33 punktów, przed Brytyjczykami (31 pkt.) i Duńczykami (29 pkt.).
Przeciętne widowisko
Kibice zasiadający na trybunach PGE Narodowego i przed telewizyjnymi ekranami mogli pasjonować się tylko rywalizacją punktową, ponieważ emocji na torze było jak na lekarstwo. Na domiar złego słabo spisywali się nasi reprezentanci. Pierwsza seria „ustawiła” całą rywalizację. Australijczycy po komplecie indywidualnych zwycięstw w pierwszej serii wyścigów kontrolowali przebieg rywalizacji na torze i w dalszej części zawodów pewnie zmierzali po złote medale.
Tor
Zawody rozegrano na zbudowanym ogromnym kosztem jednodniowym, krótkim torze, którego długość nie przekraczała 300 metrów. Tym razem proste były nieco szersze niż w poprzednich latach podczas turniejów Grand Prix. Polscy juniorzy, którzy w środę poprzedzającą sobotni finał testowali tor stwierdzili jednogłośnie, że tym razem owal jest lepszy i bezpieczniejszy niż to wcześniej bywało. Na uwagę zasługuje także sobotnie roszenie nawierzchni. Tor delikatnie polano tylko po trzeciej i czwartej serii używając do tego nie klasycznej polewaczki, ale samochodu dostawczego, na skrzyni którego umieszczone były duże pojemniki z wodą, popularne „mauzery”.
Biało-Czerwoni
Niestety, Polacy spisali się bardzo słabo, nie obronili złotych medali i zajęli dopiero trzecią lokatę na cztery zespoły rywalizujące w finale. Dorobek 29 punktów wywalczonych w 20 wyścigach mówi sam za siebie. Tak bezbarwnego występu naszych „Orłów” chyba mało kto się spodziewał. Po pierwszej serii wyścigów, wygranej bezapelacyjnie przez Australijczyków, wydawało się, że Polacy będą spokojnie zmierzać po srebrne medale. Nic z tych rzeczy. W dalszej części finału Biało-Czerwoni musieli jeszcze ostro walczyć, aby obronić się przed atakami najsłabszych Brytyjczyków. Można było odnieść wrażenie, że w niektórych biegach nasi zawodnicy jechali bez ambicji, jakby przeszkadzał im warszawski tor. Na domiar złego nie było widać żadnej reakcji po kolejnych seriach, nie było pozytywnego impulsu z tzw. „ławki”. Z pewnością na taką dyspozycję Polaków wpływ miała nieznajomość toru, który był ułożony tydzień wcześniej, ale z drugiej strony warunki były takie same dla wszystkich ekip. Lider naszej reprezentacji, sześciokrotny indywidulany mistrz świata Bartosz Zmarzlik nie przypominał samego siebie i wyraźnie męczył się na tym torze. W pierwszym swoim wyścigu przegrał nawet z Adamem Ellisem, który na co dzień ściga się w Krajowej Lidze Żużlowej. Z problemami zdrowotnymi zmagał się Patryk Dudek, a Kacper Woryna pojechał na tyle, na ile pozwalały mu jego umiejętności. Z kolei Dominik Kubera i Maciej Janowski po prostu skompromitowali się i po dwóch swoich startach byli zastępowani przez kolegów z kadry.
Atmosfera i organizacja
Tym razem na trybunach PGE Narodowego nie było kompletu kibiców. Na stadionie o pojemności ponad 58 tys. miejsc zasiadło około 40 tys. sympatyków sportu żużlowego, którzy bardzo rzadko ożywiali się przy zaledwie trzech indywidualnych zwycięstwach Polaków. Tym razem nie było popularnej „kartoniady”, ale za to organizatorzy zadbali o efektowny pokaz fajerwerków po dekoracji medalistów. Na stadionie irytującym był za to brak informacji o czasach poszczególnych wyścigów. Z podobną sytuacją mamy do czynienia na zawodach Grand Prix.
Konsekwencje
Wszyscy znają powiedzenie „Polak mądry po szkodzie”. Nie inaczej jest tym razem. Po fakcie można stwierdzić, że wybór miejsca na finał DPŚ w naszym kraju był wielkim błędem. Zawody takiej rangi należało zorganizować na jednym z torów ekstraligowych, na którym zawodnicy ścigają się na co dzień. Jednodniowy tor w Warszawie może być areną zmagań indywidulanych, np. podczas zawodów Grand Prix, ale nie rywalizacji zespołowej. Na takiej nawierzchni nasi zawodnicy błądzili niczym „dzieci we mgle”. Ciekawe, czy ktoś z władz polskiego żużlu „uderzy się w piersi” za dokonany wybór? Znając życie będzie można zacytować powiedzenie, że „sukces ma wielu ojców, a porażka jest sierotą”. Jednak wnioski powinni wyciągnąć i konsekwencje ponieść decydenci z PZM-u, GKSŻ-u i PGE Ekstraligi.






