Janusz Kołodziej oficjalnie zamknął rozdział swojej kariery zawodniczej. Podczas Gali PGE Ekstraligi 42-latek potwierdził, że sezon 2026 był jego ostatnim na żużlowych torach. Wyjątkowym podsumowaniem wieloletnich występów stało się wyróżnienie „Złotym Szczakielem” za całokształt sportowych osiągnięć.
Co przesądziło o zakończeniu kariery? Które momenty wspomina z największym żalem, a które okazały się najtrudniejszymi w jego sportowej drodze? Były już zawodnik opowiedział również o swoich planach na przyszłość i tym, jak wyobraża sobie życie po zejściu z toru.
Januszu , otrzymał Pan „Szczakiela” na pierwszej historii Gali PGE Ekstraligi i otrzymujesz go na swojej ostatniej jako żużlowiec. Biorąc pod uwagę okoliczności, chyba nie jest to niespodzianka.
Janusz Kołodziej: – Bardziej chodziło o to, że było wiadomo, że kończę już swoją karierę, dlatego też dostałem taką nagrodę, za którą ślicznie dziękuję. To dla mnie niesamowite wyróżnienie.
Dużo to dla Pana znaczy?
– Na pewno ta nagroda będzie u mnie w domu w widocznym miejscu, bo to jest ten moment, w którym odwieszam już kevlar na kołek. Chcę pamiętać o tym, że gdy kończyłem, to dostałem takiego pięknego „Szczakiela”.
Czy to dla Pana ulga, że po wielu tygodniach spekulacji w końcu mógł Pan to ogłosić?
– Dla mnie to ogromna ulga, bo długo czekałem na tę galę, żeby właśnie tutaj to oficjalnie potwierdzić. Za mną wiele tygodni dywagacji, czy będę dalej jeździł, czy nie, więc cieszę się, że mam to za sobą. Czasami ciężko to przechodzi przez gardło, ale ostatecznie mi się udało.
Podkreślał Pan, że decyzję o końcu kariery podejmą za Pana lekarze. Kiedy tak naprawdę ona zapadła?
– Z tego wszystkiego już nie było czasu na tych lekarzy. Pewne rzeczy musiałem mówić po to, żeby dano mi trochę spokoju, natomiast teraz jestem po operacji obojczyka, którą miałem dokładnie tydzień temu i w końcu wyjęto mi gwóźdź, który ciągle mi przeszkadzał. Czuję się od razu sto razy lepiej niż w trakcie sezonu. Tak naprawdę później nie opiniowałem już tego u żadnego lekarza, bo decyzja i tak była podjęta. Chciałem tylko dojechać do końca sezonu i omijać pytania dziennikarzy, którzy cały czas pytali o to samo.
A jak duży wpływ na tę decyzję miała ta zimowa kontuzja, czyli zerwanie więzadła?
– Bardzo duży, bo do dzisiaj nie mogę z tym kolanem dojść do ładu. Podobno taka kontuzja może goić się nawet dwa lata, więc w przyszłym roku może będzie już lepiej. Dla mnie to już któreś z kolei zerwanie i któraś z kolei operacja na tym samym kolanie, a na jednym z nich mam „skradzione” te więzadła z drugiego, więc teraz obydwa są naruszone. To wszystko mnie już trochę wymęczyło, bo jak tych kontuzji nagle nagromadzi się sporo, to bardzo to na człowieku ciąży.
Ma Pan w takim razie problemy w codziennym funkcjonowaniu czy ból objawiał się tylko podczas jazdy na żużlu?
– O dziwo na żużlu było mi nawet lepiej, ale w końcówce sezonu przez ból barku i obojczyka, w którym czułem ten gwóźdź, nie mogłem użyć pełni swojej siły. Wcześniej, jak miałem problem z kolanem, to przerzucałem siły na ręce i podciągałem nogę, a później, gdy okazało się, że ręce nie dają już rady, to ciągle popełniałem błędy. Wychodząc z łuku nawet nie mogłem już chować nóg przy motocyklu. Gdy oglądaliśmy podczas gali film podsumowujący moją karierę, to przy tych starszych urywkach widziałem swój kompletnie inny styl jazdy niż aktualny, który jest ciężki i po prostu niekonkurencyjny. Inni robią to wszystko szybciej, a ja już jestem spowolniony, dlatego czuję, że chciałbym zwolnić w swoim życiu. Cieszę się, że teraz też będę mógł robić coś fajnie i dobrze, ale trochę wolniej.
Nie jest Panu tak po ludzku żal, że to już koniec?
– Ogromny żal. Ja bym jeszcze chciał jeździć i jeździć, ale jak już czujesz, że twoje ciało nie daje rady, to trzeba wiedzieć, kiedy zejść ze sceny. Ja to już czułem wcześniej i przedłużałem tę karierę, ile mogłem. Widzieliśmy, jak to wyglądało w tym sezonie, kiedy raz jechałem, a raz nie, co było robione na siłę.
Gdyby ktoś powiedział Panu w 2024 roku, kiedy był Pan 5. najlepszym zawodnikiem PGE Ekstraligi, że za dwa lata zakończy Pan karierę, uwierzyłby Pan w to?
– Wtedy nie, ale w 2025 roku już tak, bo trochę się na to zapowiadało. Muszę przyznać, że gwoździem do trumny było kolano, ale psychika już wcześniej podpowiadała, że czas kończyć.
A nie szkoda trochę Panu, że jednak nie udało się na koniec kariery wrócić do Unii Tarnów?
– Unia Tarnów była moim ukochanym klubem, ale tym wymarzonym była też Fogo Unia Leszno. Jako dzieciak trafiłem tutaj po busa i żyłem w tym mieście przez tydzień. Widziałem, jak to wszystko wygląda i jak jest poukładane. Marzyłem, żeby jeździć gdzieś, gdzie żużel jest religią. Tak właśnie jest w Lesznie, a w Tarnowie mi tego brakowało. Na początku jeszcze tak było, ale później zaczęło to podupadać i brakowało mi w tym pewnej profesji, żeby dalej się rozwijać i iść do przodu. Wiadomo, że tam się wychowałem itd., ale jestem bardzo wdzięczny klubowi z Leszna, bo gdyby nie on, to nie wiem czy w 2010 roku nie skończyłbym kariery.
Z jakiego powodu?
– Bo już miałem dość. Byłem zmęczony tym wszystkim i dobijało mnie, jak klub w Tarnowie funkcjonował. Chciałem skończyć karierę i myślałem, że gwoździem do trumny będzie pójście do Leszna, bo to wymagający zespół, a okazało się, że odjechałem sezon życia. Wtedy też zmieniłem bardzo dużo rzeczy na raz, co było strzałem w dziesiątkę. Byłem w Lesznie na dwa lata, później wróciłem to Tarnowa, ale od 2017 roku zostałem w Unii już do samego końca.
Działacze w Lesznie mocno Pana namawiali, żeby jednak Pan nie kończył kariery czy przyjęli to ze zrozumieniem?
– Cały czas odczuwam mocne namawianie mnie na to, żebym nie kończył, zarówno wśród kibiców, jak i prezesów. 95% ludzi, których spotykam tak robi, co jest bardzo miłe i co rozumiem, ale sam czuję, że muszę z tej sceny w końcu zejść i podjąć tę decyzję, bo jak później coś się wydarzy, to zostanę sam.
Wśród masy osiągnieć, takich jak chociażby złote medale IMP, DMP czy DPŚ, który moment Pana kariery był tym najlepszym?
– Najlepszym, a zarazem najważniejszym momentem był ten, w którym w ogóle dostałem możliwość jazdy, bo przez dwa lata musiałem prosić rodziców o zgodę. Później wiele rzeczy musiałem robić pod ich dyktando, czyli dobrze się uczyć, nie przewracać się itd., co było trudne, bo jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz, a jak już jeździsz, to ciężko jest się skupić na nauce. To wszystko mi się udało, co uważam za swój największy sukces, że przebrnąłem przez „casting” do żużla i mogłem go kontynuować. Teraz mam 42 lata i kończę karierę, a najlepsze jest to, że mój ojciec, który kiedyś próbował mi wybić ściganie z głowy, namawia mnie, żebym dalej jeździł.
– Jeśli chodzi natomiast o jakieś zdobycze, to na pewno będzie to pierwsze, wywalczone na torze w Tarnowie mistrzostwo Polski. Dało mi to dużo pewności siebie, bo miałem z nią cały czas problem. To dodało mi wiatru w żagle, dzięki czemu zabrnąłem dalej. Tak naprawdę każdy sezon był wyjątkowy, więc ciężko mi teraz sobie przypomnieć ten jeden moment.
A jaka była ta najtrudniejsza chwila w trakcie całej kariery?
– Też jest ich kilka. Pamiętam taki moment, gdy miałem około 20 lat, kiedy nie ze swojej winy złamałem obojczyk, po czym doszedłem do siebie i wróciłem do jazdy, żeby złamać drugi obojczyk. Trafiłem wówczas do szpitala, gdzie obok mnie byli ludzie śmiertelnie chorzy, a ja, jeżdżąc na żużlu, trochę sobie z tym zdrowiem igram i je lekceważę. Wtedy miałem straszny kocioł w głowie, o co tutaj chodzi i którędy dalej podążać. Potrzebowałem wielu miesięcy, aby to zrozumieć, że ja bez tego sportu nie potrafię żyć i, chcąc nie chcąc, muszę ryzykować. To był trudny moment, bo w tamtym czasie przez pół roku siedziałem zwieszony i nie wiedziałem, o co chodzi.
– Żużlowcy to są normalni ludzie, to nie są jacyś kamikadze, którzy chcą się zabić. Chcemy dobrze żyć i się ścigać, bo to lubimy, ale niestety upadki, to jest efekt uboczny tego sportu. Dobrze ktoś powiedział, że wiele razy myślimy, że najgorsze rzeczy nas ominą i nam się nie przydarzą, ale one się dzieją i nigdy nie wiadomo, jak skończymy. Dużo ludzi w szpitalu dawało mi lekcje życia i byli moimi nauczycielami, natomiast im więcej kontuzji, tym jednak miałem coraz większą chęć rezygnacji, bo nie chcesz znów odczuwać tego bólu. Chciałbyś się cieszyć jazdą, ale później robisz to, żeby zadowolić innych, a nie patrzysz na siebie, czy sprawia ci to frajdę, bo nikt nawet nie pyta, czy się boisz. Przewróciłeś się? Doszedłeś do siebie? Przywóź same „trójki” – to się liczy, a nie twoja psychika i to, co masz w głowie.
Z perspektywy tych wszystkich lat na torze, uważa Pan, że dało się z tej kariery wycisnąć nieco więcej?
– Zawsze się da wycisnąć więcej, ale życie takie jest, że coś się dzieje po coś. Moim marzeniem zawsze było zdobycie tytułu Indywidulanego Mistrza Świata, co zupełnie mi się nie udało, ale i tak czuję się spełniony, bo wiem, że starałem się na tyle, ile mogłem. Nie ma dla mnie sensu siedzieć i zastanawiać się, co mogłem zrobić lepiej.
Pozostaje teraz pytanie: co dalej z Januszem Kołodziejem?
– Na razie nic. Będę dalej żył i cieszył się życiem. Potrzebuję trochę odpocząć i wyprostować swoje ciało, żeby funkcjonować jak normalny człowiek. Nie mogę całkowicie zrezygnować z uprawiania sportu, bo boję się, że jak sobie usiądę, to później nic z tego nie będzie. Podejrzewam, że w przyszłości gdzieś będę komuś pomagał, natomiast w tym momencie potrzebuję odpoczynku.
źródło: ekstraliga.pl






